W minioną sobotę, 21 lutego, Miejski Ośrodek Kultury stał się istnym centrum poprawności językowej i wiedzy o współczesnej polszczyźnie. A wszystko to za sprawą I Polickiego Dyktanda, które zorganizowano z okazji obchodów Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego.
Niemal 80 osób punktualnie o 11:00 stawiło się w sali widowiskowej Miejskiego Ośrodka Kultury, by zmierzyć się z arcytrudnym tekstem dyktanda, które specjalnie na tę okazję przygotowała dr Agnieszka Szlachta z Uniwersytetu Szczecińskiego. Swój wkład w końcowy kształt odczytywanego tekstu mieli również przedstawiciele naszej gminy – wiceburmistrz Radosław Mikołajczyk oraz Dyrektor Wydziału Oświaty i Kultury, Witold Stefański, którzy przygotowali zdania, nawiązujące do miejsc charakterystycznych dla naszego miasta. Dzięki temu tekst, w którym odbicie znalazły liczne wątki lokalne, stał się nie tylko wyzwaniem o charakterze czysto językowym, ale również ciekawym materiałem poznawczym.
Mieszkańcy Polic – i nie tylko Polic, bo również Szczecina, a nawet Międzyzdrojów – którzy odważyli się przystąpić do pisania pełnego pułapek ortograficznych i interpunkcyjnych tekstu, z wypiekami na twarzy zapisywali kolejne zaskakujące zdania, raz po raz uśmiechając się pod nosem lub głośno komentując zawarte w tekście wyrazy. Bo choć większość słów była znana i używana w codziennej komunikacji, to już zapisanie ich w bezbłędnej formie okazywało się niejednokrotnie nie lada wyzwaniem. Więc, kiedy dr Agnieszka Szlachta odczytała ostatnie zdanie, a uczestnicy zapisali je na swoich kartkach, w sali dało się usłyszeć wyraźnie westchnienie ulgi.
Choć tekst był naprawdę trudny, uczestnicy się nie zrazili i w pozytywnym nastroju dyskutowali o swoich potknięciach. Wszak chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę i sprawdzenie samych siebie! A nowe zasady ortograficzne, uchwalone przez Radę Języka Polskiego i wcielone w życie w styczniu bieżącego roku, nie ułatwiły zadania.
W oswojeniu się z nowymi regulacjami w polszczyźnie pomógł wykład dr Darii Zarzecznej, który umilił uczestnikom czas oczekiwania na oficjalne wyniki. Prelegentka krok po kroku omówiła wszystkie zatwierdzone przez RJP zmiany, włączając słuchaczy w aktywną dyskusję.
A potem przyszedł czas na wyniki. Nagrody zostały przyznane w dwóch kategoriach: dzieci i młodzież od 10 do 18 r.ż. oraz dorośli. W grupie dzieci I miejsce zdobyła dziesięcioletnia Hanna Kubecka, drugie Ignacy Sokołowski, a trzecie Maja Kosobucka. W grupie dorosłych miejsca na podium zajęli Marek Olobry (I miejsce), Aleksandra Kwiatkowska (II miejsce) oraz Krzysztof Jaszke (III miejsce). Zwycięzcom serdecznie gratulujemy, a wszystkim uczestnikom życzymy powodzenia w dalszych etapach zmagań z polszczyzną!
Publikujemy również treść całego dyktanda, zachęcając do wysiłku, który z pewnością pozytywnie wpłynie na funkcjonowanie naszego mózgu!
Niektórzy mogliby przypuszczać, że późnozimowe Police, położone na Równinie Wkrzańskiej, nad Domiążą i nieopodal Zalewu Szczecińskiego, wyglądają co najwyżej zwyczajnie. Tymczasem, ni stąd, ni zowąd, miasto przemieniło się w srebrzystobiałą krainę z pogranicza jawy i półsnu. Mroźna aura znienacka spowiła Wzgórze Mścięcińskie, tworząc rzadko spotykany, niemalże baśniowy mikroklimat. Chcąc nie chcąc, przechodnie przemierzali wzdłuż i wszerz śliskie, na wpół odśnieżone chodniki. Rosnące w pobliżu półdzikie chaszcze wyglądały, jakby ktoś naprędce oprószył je cukrem pudrem.
„Police, na przekór wszystkiemu, prezentują się dziś niezwykle!” – pomyślał Kazimierz, nie zwracając uwagi na niemal huraganowy północno‑wschodni wiatr. Zadziwiające, jak uspokaja widok pogrążonej w półmroku Łarpi i hangaru Uczniowskiego Klubu Żeglarskiego „Bras”. Zrazu minął go Hyundai, w którym dostrzegł machającego żwawo druha, żądnego wyzwań hazardzistę. „Ależ był z niego huncwot, chociaż skądinąd niegłupi” – wspomniał z przekąsem koleżkę sprzed lat.
W pobliżu, vis-à-vis neogotyckiego kościoła, dzieci lepiły igloo, niczym Inuici na obrzeżach Grenlandii. Pośród zgrai biegał mały, ale nienajcichszy piesek rasy chihuahua. – Co za harmider i nieznośny hałas! Niech by już zaniechali tych harców – zżymał się, mijając nieśpiesznie tę hałastrę. W okamgnieniu hołubione przez wszystkich zwierzątko o kędzierzawej, szaroburej sierści nabrało rozpędu i wskoczyło w śnieżną pierzynkę.
Zziębniętych mieszkańców kusiła nieodległa kawiarnia, w której pachniało świeżo zaparzonym espresso i croissantami. Na kontuarze czekały przysmaki: sernik nowojorski, brownie i muffinki. Z kolei na skrzącej się tacy stała karafka z domowym smoothie z marakui, a także dzbanek korzennej herbaty z żeń-szeniem i jagodami goji. Na co dzień w tym miejscu, które rozpoczęło działalność po trzyipółletniej przerwie, nie było tłumów. Pojawiał się tu niekiedy znużony i melancholijny obieżyświat, chlubiący się wojażami od Sahary Zachodniej, przez Bhutan, po Papuę-Nową Gwineę. Jego opowieści to nie mrzonki – opisał je w arcyciekawych reportażach. Chętnie wypoczywał tu także, półleżąc na miękkim i sprężystym szezlongu, nauczyciel polonista, który dostał angaż w „Dzienniku Polickim”.
Kazimierzowi, jak wszystkim Policzanom, doskwierała tęsknota za wiosną. Marzył o widoku przebiśniegów, hiacyntów i rzeżuchy oraz zapachu konwalii, którego niepodobna zapomnieć. Zimie czas powiedzieć: adieu!


